Gouda czy Emmenthaler, o to jest pytanie. Opowieści o pięciu myszach. Tak po prostu.
RSS
poniedziałek, 09 stycznia 2006
Podziękowania

Myszy wraz z autorem chciałyby podziękować wszystkim osobom, które czytały ich przygody w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Jak na razie to koniec pierwszej serii, następna jest już w przygotowaniu, lecz nie wiadomo kiedy będzie nadawała się do opublikowania.

Mamy nadzieję, że bawiliście się równie dobrze jak my.

Odwiedziajcie Myszy od czasu do czasu i sprawdzajcie, czy jest coś nowego.

Pozdrawiamy

Lukrecja

Celina

Kudłata

Lulu

Klara

i Autor

12:46, prej666
Link Komentarze (2) »
"Starość nie radość"

Myszy po kolei wdrapały się na stół. Podeszły do ciasta, było jeszcze ciepłe. Kudłata ledwo się powstrzymywała od odgryzienia kawałeczka.

- O kurcze, ale się narobimy. Przecież to ciasto jest ogromne! – zaczęła lamentować Klara.

- Trudno. Musimy je stąd zabrać. Celina, przynieś tamten ręcznik. Zawiniemy je i zrzucimy ze stołu. W ten sposób się nie rozsypie. – powiedziała Lukrecja.

Celina pobiegła po ręcznik wiszący obok zlewu. Myszy dokładnie zawinęły babkę, i zaczęły przesuwać ją w kierunku brzegu stołu. Jedno pchnięcie i ciasto wylądowało na ziemi wydając miękki, stłumiony odgłos. Myszy stały przez chwilę w miejscu i słuchały, czy ktoś idzie. Upewniwszy się że nikt nic nie słyszał, zeszły ze stołu. Podbiegły do babki i podniosły ją. Powoli zaczęły poruszać się w kierunku drzwi kuchennych. Lukrecja, będąca najsłabszą myszą, biegła przodem na zwiady.

Czekała je teraz najtrudniejsza część całego przedsięwzięcia, wydostanie się z ciastem z domu.

Dziewczyny wbiegły do salonu i schowały się pod kanapą. Lukrecja podeszła do drzwi tarasowych i rozejrzała się po ogrodzie. Dzieci nadal bawiły się na trawniku, a rodzice siedzieli na tarasie. Myszy musiały poczekać na dobrą okazję aby niepostrzeżenie uciec.

Lukrecja dała swoim koleżankom sygnał aby podeszły do drzwi.

Czekały i czekały, i za każdym razem, gdy już miały wybiec z domu, któryś z jego mieszkańców albo spojrzał się w ich kierunku albo wykonał ruch który je wystraszył.

Nagle usłyszały pisk jednego z dzieci.

- Mamo, mysz!

Rodzice zerwali się na nogi i podbiegli do dzieci. Myszy, trochę zaskoczone, wyczuły swoją szansę i ruszyły. Mijając stojącą obok drzwi doniczkę spojrzały na scenę odgrywającą się na trawniku. Cała rodzina biegła za czymś schowanym w trawie w kierunku jednego z drzew. W końcu dziewczyny ujrzały Joe’ego wdrapującego się zwinnie na orzech. Zatrzymał się na chwilę, wyszczerzył do nich zęby puszczając im jednocześnie oczko i uciekł na wyższe gałęzie.

- Mój bohater... – westchnęła Lulu.


Ciasto robiło się coraz cięższe, lecz myszy się nie poddawały. Przemierzyły już cały ogród zostawiając za sobą podekscytowanych widokiem myszy w dżinsach ludzi, i znalazły się przy płocie pod którym weszły. Szpara pod nim była na tyle duża, że bez problemu przecisnęły przez nią babkę. Szybko zaczęły biec w kierunku mysiego targu. Po drodze Kudłata próbowała przekonać swoje koleżanki o tym, że jest bardzo słaba i że kawałek ciasto by ją pokrzepił. Próby te zostały zignorowane.

Unikając przechodniów na ulicy, myszy dotarły pod dom za którym odbywał się targ.

Podbiegły pod okienko piwniczne i odstawiły tam ciasto. Przez chwilę odpoczywały, ocierając czoła i masując sobie łapki. Po chwili zapukały w okienko. Usłyszały, że ktoś je otwiera i ukazał im się szef szczurów.

- Ooo, wróciłyście. Macie ciasto? – zapytał.

- Tak, mamy. Jest tu. – odparła Lukrecja.

- Naprawdę? – szczur się zdziwił. – No to super. Hej, chłopaki, mamy ciasto!

Do okienka podbiegli jego koledzy i zaczęli chichotać.

- Bierzcie ciasto. – rozkazał im szef.

Wyskoczyły przez okno i podbiegły do zawiniętej w ręcznik babki. Podniosły ją i wciągnęły do piwnicy. Szef się odwrócił i chciał już biec za nimi, kiedy Klara krzyknęła:

- A naszyjnik? Mieliście nam oddać naszyjnik!

- Eee, jasne. Właśnie po niego idę. – odparł wahając się szczur i zniknął w ciemnościach piwnicy.

Po chwili wrócił, spojrzał się na dziewczyny i wyszczerzył swoje żółte zęby w złośliwym grymasie.

- Macie tu wasz naszyjnik! – syknął szyderczo, rzucił coś w ich kierunku i z trzaskiem zamknął okienko.

Przed myszami leżał kawałek sznurka z wiszącą na nim zardzewiałą nakrętką. Z piwnicy usłyszały śmiech szczurów.

- Buuuuuuuu! – Celina popłakała się.

Klara też zaczęła szlochać, a Lulu w złości kopnęła leżącą przed nią nakrętkę.

- Wyrolowali nas! – oburzyła się Kudłata.

- Nie trzeba było ufać szczurom. Miałam złe przeczucie już od samego początku. – odparłą smutnym głosem Lukrecja.

- I co teraz powiemy biednej Gryzeldzie? Buuuuuuuuu! – płakała dalej Celina.

Myszy wolnym krokiem ruszyły w kierunku domu cioci. W ich sercach odczuwały na przemian złość, rozczarowanie i smutek. Nie podziwiały okolicy, nie rozmawiały, nie cieszyły się już pięknym dniem.

Po jakimś czasie dotarły pod drzwi do mieszkania swojej cioci. Stały tam przez chwilę i patrzyły się raz na siebie, raz na drzwi. Ostatecznie, ciężko wzdychając, Lulu zapukała.

Usłyszały kroki i drzwi otworzyły się.

- Ooo, dziewczynki! Jak się cieszę, że mnie odwiedzacie! – powiedziała ciocia Gryzelda nie kryjąc swej radości.

Myszy stały jak wryte i wpatrywały się w nią. W końcu Klara ze złością przecedziła przez zęby:

- Witaj ciociu. Jaki masz piękny naszyjnik...

12:43, prej666
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 grudnia 2005
"Gruszki, grawitacja, fascynacja"

- Musimy się jakoś dostać na ten stół. – powiedziała Celina.

- Wejdziemy po jednym z krzeseł. – odparła Lukrecja.

Myszy zjechały po miotle z powrotem na ziemie i podbiegły do najbliższego krzesła.

- To co, wchodzimy? Która pierwsza? Kudłata? Czy może... O kurcze. – Lulu spojrzała w kierunku drzwi wejściowych, wytrzeszczyła oczy i zastygła w bezruchu.

Reszta dziewczyn się odwróciła. To, co zobaczyły, przeraziło je. W drzwiach stał duży czarny kot i wpatrywał się w nie z wielkim zainteresowaniem.

- A wy co tu robicie? – zapytał. – Pewnie chcecie się dobrać do ciasta, co? Ale nie po to mnie tu zatrudniono, żeby jakieś gryzonie mogły sobie harcować po domu.

Powoli ruszył w kierunku dziewczyn. One stały w miejscu i wpatrywały się w niego przerażone. W końcu stanął i uważnie obserwując myszy, zaczął się szykować do skoku.

Dziewczyny złapały się za łapki i czekały na wyrok. Były tak przestraszone, że nie mogły się ruszyć z miejsca.

Kot przykucnął, zebrał siły w tylnich łapach i skoczył. Jednak w momencie gdy oderwał się od ziemi, jego głowa zderzyła się w powietrzu z gruszką. Nie była to jednak byle jaka gruszka. Była to gruszka zrzucona z szafki we właściwym momencie i we właściwym miejscu.

Kot wylądował rozkraczony na ziemi i zamroczony zbierał się przez chwilę. Potem błyskawicznie wstał, rozejrzał się w dość mało inteligentny sposób po kuchni i zawstydzony rzucił się w kierunku drzwi, znikając za rogiem.

- Co ty wiesz o grawitacji...

Myszy usłyszały męski głos z szafki nad sobą. Spojrzały w górę i ujrzały tam stojącą na brzegu mysz. Była ona ubrana w niebieskie dżinsy i czarną koszulkę na której nadrukowana była przekreślona na czerwono pułapka na myszy. Miała rozwiane blond włosy i niebieskie oczy. Ogólnie rzecz biorąc bardzo przystojny mężczyzna.

- Wow... – wydała z siebie Lulu wpatrując się w mysiego bohatera.

- Hej laski, jestem Joe. Wszystko ok.?

- J... J... Jasne – wykrztusiła z siebie Celina.

Joe złapał plastikowy woreczek leżący obok niego i nonszalancko zeskoczył z szafki, używając go jako spadochronu.

- Wow... – powtórzyła Lulu.

Joe spokojnym krokiem podszedł do myszy stojących na drżących nogach obok stołu.

- To co, powiecie mi jak się nazywacie? – zapytał.

- Jestem Lukrecja.

- Celina.

- Kudłata.

- Klara.

Myszy spojrzały na Lulu. Stała wpatrzona w Joe’ego i nie rejestrowała niczego co działo się wokół niej. Celina szturchnęła ją.

- Ee, tak, no, ten, ja też. No, ten. No, Lulu jestem. No. – Lulu aż się zaczerwieniła.

- Spoko. On prędko nie wróci. Po co tutaj przyszłyście? – zapytał Joe.

- Chciałyśmy zabrać ciasto. Potrzebujemy je aby odzyskać naszyjnik naszej cioci. – pisnęła Kudłata.

- Odzyskać naszyjnik? Ciastem?

- Tak, ciastem. Musimy mieć tą babkę i nic ani nikt nas nie powstrzyma! – przemówiła Klara.

- Hmm, ok. Ja i tak jej nie chcę. Dbam o swoją figurę.

- A, a, a ty tutaj mieszkasz? – wydukała Lulu.

- Tak, tymczasowo. Dużo podróżuję. Zwiedzam całe miasto, raz jestem tu, raz tam.

- Pewnie przeżywasz wiele przygód... – rozmarzyła się Lulu.

- Jasne. Nie nudzi mi się. Zawsze coś się dzieje, zawsze jest akcja.

- Wow...

- Dobra, musimy się spieszyć. Bierzemy to ciasto i spadamy – przerwała im Celina.

- Ok., dziewczyny. Róbcie co chcecie. Ja musze lecieć. Trzymajcie się. – powiedział Joe i pobiegł w kierunku przedpokoju.

- Żegnaj Joe... – westchnęła Lulu.

15:12, prej666
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 grudnia 2005
"Propozycja nie do odrzucenia" Cz. 2

Przeszły pod płotem i rozejrzały się po ogrodzie. Tonął on w cieniu rzucanym przez stare drzewa, które jesienią będą obwieszone pysznymi orzechami włoskimi. Były one posadzone w dwóch rzędach, po trzy drzewa w każdym. Między tymi rzędami przebiegała ścieżka ułożona z granitowych płytek o równych, prostokątnych kształtach po której obu stronach posadzone były tulipany. Prowadziła ona aż do drzwi wejściowych u szczytu przepięknego domu z czerwonej cegły z dachem dwuspadowym z dachówek o kolorze pomidorówki ze śmietaną. Drzwi były zamknięte, a obok nich stał oparty o ścianę rower. Białe, wykonane z drewna okna były otwarte na oścież i powiewały w nich firanki. Wokół domu posadzono klomby w których kwitły kwiaty w przeróżnych kolorach. Widok był tak miły, że dziewczyny przez chwilę stały w miejscu i się nim cieszyły.

Po chwili ruszyły w kierunku domu, chowając się między tulipanami. Nikogo nie było widać, lecz trzeba było zachować ostrożność.

Dotarłszy pod drzwi stwierdziły, że nie są one do sforsowania. Udały się więc dookoła domu, aby znaleźć inną drogę do środka. Po drugiej stronie domu zobaczyły taras na którym poustawiane były leżaki i inne meble ogrodowe. Na jednym z nich leżała opalająca się kobieta. Na fotelu, pod kolorowym parasolem siedział zaś mężczyzna i czytał gazetę. Kawałek dalej, na trawniku, bawiła się piłką dwójka dzieci.

Myszy powoli zaczęły się skradać do drzwi tarasowych. Po obu ich stronach stały duże donice z czerwonymi różami, wśliźnięcie się do środka nie powinno być więc trudne.

Podbiegły do jednej z nich, i po kolei, jedna po drugiej idąc na paluszkach, dostały się do domu.

W środku zebrały się pod stolikiem stojącym obok wejścia i rozejrzały się. Były w dużym salonie urządzonym drewnianymi i skórzanymi meblami stojącymi na idealnie wycyklinowanym parkiecie.

- Czuję ciasto! – odezwała się Kudłata węsząc. – Za mną!

Trzymając nos w górze ruszyła między nogami mebli do drzwi prowadzących w głąb domu.

Myszy szybko pobiegły za nią.

Po chwili zatrzymały się przy drzwiach do kuchni. Ostrożnie spojrzały do środka. Była dość duża, pod ścianami poustawiane były szafki a na środku stał stół z krzesłami.

- Jest gdzieś blisko. – szepnęła Kudłata.

- Musimy wejść na jakąś szafkę i się rozejrzeć. – powiedziała Klara.

Zobaczyły miotłę opartą o jedną z szafek i nie zwlekając wdrapały się po niej na górę.

Stamtąd miały już widok na całą kuchnię.

- Patrzcie, jest tam! – pisnęła Celina wskazując łapką na stół.

Na samym jego środku stała foremka z czekoladową babką.

14:39, prej666
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 grudnia 2005
"Propozycja nie do odrzucenia" Cz. 1

- Jesteście z dzielki? – zapytał duży szczur wyglądający na szefa tejże bandy. Ubrani byli w koszulki w paski i spodnie z szelkami, a na głowach mieli berety z antenkami.

- Nie, przyjechałyśmy w odwiedziny do cioci. – odpowiedziała grzecznie Klara.

- Musicie uważać jak tam same tutaj spacerujecie. Kręci się tu wielu dziwnych typów. – powiedział szczur i puścił oczko do swoich kumpli. Ci zarechotali złowieszczo.

- To fakt, ktoś chyba okradł naszą ciocię Gryzeldę jak była na targu. – odparła smutnym głosem Celina.

- A co jej skradziono? – w oczach szczura pokazał się błysk.

- Piękny naszyjnik z pereł. Skarb rodzinny. – wyjaśniła Lulu.

- Hmm, naszyjnik z pereł, mówicie. Tak się składa, że dokładnie taki dzisiaj znaleźliśmy tutaj na ścieżce. Co nie, chłopaki? – odparł szef, a jego koledzy przytaknęli szczerząc żółte zęby.

- Naprawdę? To wspaniale! Oddacie nam go? – zapytała Lukrecja euforycznie.

- Jasne, ale... Musicie cos dla nas zrobić. No wiecie, w ramach nagrody. – Szef spojrzał się na dziewczyny niczym wilk na stado bezbronnych owieczek.

- A co takiego? – zapytała Lulu.

- Na końcu ulicy stoi duży ceglany dom. Numer 34. Co sobotę, pani domu piecze przepyszną babkę czekoladową. Chętnie zjedlibyśmy taką babkę, a tak się składa, że dziś sobota. Rozumiecie?

- Mamy wam upiec ciasto? – z niedowierzaniem zapytała Kudłata.

- Nieeeee, dziewczyno, macie tam pójść i załatwić nam to ciasto.

- Ależ to kradzież! – oburzyła się Lukrecja.

- A tam od razu kradzież. Chcecie odzyskać naszyjnik. Pamiętajcie że cel uświęca środki.

Myszy zebrały się w kółeczku i naradziły się.

- Chyba nie mamy innego wyjścia. – pisnęła Celina.

- Przecież Gryzelda się zapłacze jeśli nie znajdziemy naszyjnika. – powiedziała Lulu.

- No cóż, w takim razie musimy to zrobić. – zadecydowała Lukrecja.

- Ok, chłopaki. Pójdziemy po to ciasto. – oznajmiła odważnym tonem Kudłata. Miała nadzieję, że po drodze będzie miała okazję skubnąć chociaż kawałeczek tejże pysznej babki.

- No to git. Pospieszcie się, jesteśmy głodni. – Powiedział szef.

 Myszy ruszyły w kierunku ulicy. Mając nadzieję na odzyskanie naszyjnika cioci Gryzeldy biegły jak szybko tylko mogły.

Na chodniku nie było dużego ruchu, więc mogły swobodnie biec po nim do numeru 34. Po piętnastu minutach dotarły pod białą drewnianą furtkę obok której na płocie wisiała metalowa skrzynka pocztowa.

15:26, prej666
Link Komentarze (1) »
piątek, 02 grudnia 2005
"Na targu" Cz. 2

Ujrzały polanę, na której aż roiło się od myszy. Poustawiane na niej były blaszane i drewniane pudełka służące za budki z towarami, stragany poskładane z gałązek, a koło przewróconego dziecięcego roweru służyło za diabelski młyn. Na samym środku jarmarku, stojąc na odwróconym blaszanym wiaderku, grał na swych przedziwnych instrumentach mysi zespół. Wokół nich tańczył i wygłupiał się tłum myszy różnego wieku.

Dziewczyny przez chwilę stały w miejscu i z otwartymi mordkami wpatrywały się w odgrywający się przed nimi spektakl.

- O kurcze. – powiedziała Klara.

- No. – odparła Kudłata.

- Hej, weźcie się w garść, mamy misję do wypełnienia! – Lukrecja przywołała je do porządku.

Myszy ruszyły w kierunku jarmarku. Były zafascynowane otaczającymi je kolorami, dźwiękami i zapachami (to ostatnie fascynowało przede wszystkim Kudłatą). To wszystko je rozpraszało, a musiały przecież znaleźć stragan Frani. Może ona mogła by udzielić im jakiś ważnych wskazówek.

Błądziły i błądziły, aż w końcu zobaczyły stragan, który odpowiadał opisowi cioci Gryzeldy. Zrobiony był z zapałek pozwiązywanych nićmi a przykryto go wieczkiem od pudełka po margarynie. Poukładane na nim były orzechy, rodzynki, butelki z sokiem porzeczkowym i ziarna słonecznika. Wokół niego krzątała się i układała wszystko gruba mysz z kolorową chustą na głowie.

- Dzień dobry Pani! – przywitała się Lukrecja – Jesteśmy siostrzenicami Gryzeldy i chciałybyśmy zadać Pani kilka pytań.

- O, słynne dziewuchy z miasta! Gryzelda bez przerwy o was opowiada. Wasze imiona zmieniają się jednak za każdym razem. Która z was to Frupencja?

Dziewczyny po kolei się przedstawiły.

- No to czego chciałybyście się dowiedzieć?

Myszy wyjaśniły jej sytuację.

-Owszem, miała na sobie naszyjnik. Imponujący. Oczywiście nie omieszkała opowiedzieć mi całej jego historii. Nie wiedziałam, że wasi przodkowie mieszkali na królewskim dworze we Francji.

- My też nie. – westchnęła Celina.

- No cóż, chyba więcej wam nie powiem. Nie wiem gdzie później poszła.

- Tak czy inaczej dziękujemy Pani. Pochodzimy jeszcze trochę po targu, może czegoś się dowiemy.

- Weźcie sobie po rodzynce na drogę. – powiedziała Frania.

Kudłata wzięła dwie, ale czując ciążące na sobie spojrzenia innych dziewczyn, odłożyła jedną z powrotem.

 Nie mając planu dalszego działania, myszy zaczęły kręcić się po jarmarku rozglądając się za kimś, kto mógłby im jakoś pomóc.

W końcu po dwóch godzinach bezowocnych poszukiwań, zrezygnowane i smutne udały się w drogę powrotną.

 Przechodząc koło opuszczonego domu, z piwnicznego okienka usłyszały chrypliwy głos.

- Ej, dziewczyny! 

Przy okienku stały trzy szczury, nieogolone i palące tanie papierosy. 

14:09, prej666
Link Komentarze (1) »
czwartek, 24 listopada 2005
"Na targu" cz.1

Mieszkanie cioci Gryzeldy było małe ale wygodne. Urządzono je w typowym dla mysich emerytów stylu. Firanki w kwiatki, dywany w odcieniach brązu, przeszklone szafki z porcelaną i bujany fotel. Na stoliku obok fotela stała filiżanka ze świeżo zaparzoną herbatą.

Nigdzie nie było widać ciasta. Kudłata poczuła w swym wnętrzu pustkę i rozpacz.

- Tak się cieszę że przyjechałyście! Jak tam? – zapytała Gryzelda tak jakby nic się nie stało.

- Yyy, ciociu, dostałyśmy telegram... – powiedziała Lukrecja.

- Telegram? To wspaniale! Od kogo?

- Od ciebie, ciociu.

- Hmm, naprawdę? I co tam u mnie słychać?

- Napisałaś, że nie wiesz gdzie on jest. – odparła Klara.

- Kto ?

Dziewczyny zaczęły tracić cierpliwość. Zamiast siedzieć tutaj i słuchać tej starej dziwaczki mogły pojechać na plażę, jeździć na rowerach wodnych i grać w piłkę.

- Ciociu, napisałaś że nie wiesz gdzie ON jest i że mamy przyjechać. Nie wiemy o kogo chodzi. Zastanów się. – powiedziała Lukrecja.

- Przecież mówiłam, że chodzi o mój naszyjnik z pereł. Nie mogę go nigdzie znaleźć, a jest to istny skarb naszej rodziny. Gdy wróciłam z targu już go nie miałam.

- A więc byłaś na targu. Gdzie jeszcze? – zapytała Lulu.

- Nigdzie. Kupiłam u Frani orzechy i wróciłam do domu. Chyba.

- Ok, pójdziemy na targ i zobaczymy, co da się zrobić. Może go gdzieś znajdziemy. – powiedziała Klara.

- Kogo?

Mysi targ odbywał się dwie przecznice dalej na podwórku starego, opuszczonego domu. Można było tam dostać wszystko, czego mysia dusza zapragnie. Od sera i orzeszków, przez wino truskawkowe i ciastka, aż do ubrań, sprzętu AGD i dzieł mysiej sztuki. Spotykały się tam myszy z całej okolicy i wymieniały się różnymi ciekawymi przedmiotami. Poza tym było to miejsce na plotki, pogawędki i wypicie herbaty ze znajomymi.

Myszy zjadły kilka truskawek i ruszyły na targ. Szły po chodniku, zwinnie unikając ludzi, którzy mogliby wykazać mało zrozumienia dla ich wycieczki.

Po jakimś czasie dotarły pod dom, za którym odbywał się targ. Mijały je inne myszy, niektóre obładowane różnorodnymi towarami, inne idące w grupkach i rozmawiające na bardzo ważne tematy społeczeństwa mysiego.

Jakaś młoda mysz z zielonym irokezem na głowie, przechodząc koło Lulu, wskazała palcem na jej koszulkę i powiedziała:

- Wow, „Che” Emmenthaler, cool!

Lulu aż się zarumieniła.

Przeszły przez dziurę w płocie i udały się przez zaniedbany ogród w kierunku domu. Od lat nikt tu nie robił porządków, więc jak na mysie warunki, była to istna dżungla. Poruszać się można było jedynie po udeptanych ścieżkach.

Gdy mijały dom zaczęły dochodzić do nich jarmarczne odgłosy - rozmowy mnóstwa myszy, śmiech, krzyki i muzyka. Po chwili stanęły na skraju krzaków, i to co zobaczyły zaparło im dech w mysich piersiach.

10:00, prej666
Link Komentarze (1) »
środa, 16 listopada 2005
"Przygoda!" cz. 2

Turlali się przez miasto, jadąc slalomem między kołami samochodów zaparkowanych na poboczu. Myszy podziwiały widoki, uradowane tym, że nie muszą przy takim upale biec do cioci Gryzeldy. Mieszkała dość daleko (jak na mysie warunki), więc piesza wycieczka zajęła by im cały dzień.

Palenie papierosów nie miało zbyt dobrego wpływu na kondycję Stefana, więc już po kilku minutach jazdy jego koszula była przemoczona do suchej nitki. W końcu zatrzymał się w cienistym, spokojnym miejscu aby odsapnąć.

- A Panie to tak tutejsze czy tylko na wakacjach? – zapytał, ciężko dysząc.

- Tutejsze. I na wakacjach. – odpowiedziała Celina chichocząc.

- Studentki?

- Owszem. – powiedziała Lukrecja.

- A na jakich kierunkach, jeśli można spytać?

- Seroznawstwo, filologia gryzoni i zarządzanie spiżarnią. Wszystko na Uniwersytecie imienia Adama Myszkiewicza.

- Hoho, ambitne panienki. Ja to tylko ukończyłem technikum wodno-kanalizacyjne, i to też już dawno temu. Wtedy były inne czasy.

Po chwili ruszyli w dalszą drogę. Byli już na przedmieściach, więc ruch był mniejszy i jechało się spokojniej. Mimo tego rozglądały się dość nerwowo, jako że grasowało tu dużo kotów. Okazało się jednak, że przy panujących temperaturach wolą one siedzieć w cieniu drzew i potraktować piątkę myszy i szczura na wrotce jako kuriozum nie warte pościgu.

 Jakiś czas minął i wjechali w ulicę Leśną. Myszy poznały domy wśród których bawiły się jako dzieci. Ganiały się wtedy po podwórkach i piwnicach, odkrywając za każdym razem nowe, tajemnicze zakamarki. No i ten sernik...

Wspomnienia te wywołały przyjemne uczucie, podobne do tego, gdy ciepła woda wypływa ci z ucha po kąpieli w morzu.

Lukrecja wskazała Stefanowi dom, pod którym miał się zatrzymać. Była to stara, drewniana willa pomalowana na niebiesko, z piękną werandą i dużym ogrodem. Otoczona była czereśniami i wiśniami, które uginały się pod ciężarem nasyconych słońcem owoców.

- Pięć guzików i trzy rodzynki, bym prosił. – powiedział Stefan.

- Proszę bardzo, i dziękujemy. – Lukrecja zapłaciła.

- Do usług. Jak będziecie chciały wracać ze mną to proście o Stefana. Mówicie Stefan, i wszystko jasne.

 Pożegnawszy się ze Stefanem wysiadły z taksówki. Stały przed pomalowaną na zielono furtką prowadzącą do ogrodu cioci Gryzeldy. W sumie nie był to jej ogród, tylko należał do ludzi u których była od lat sublokatorką. Wejście do jej mieszkania znajdowało się pod schodami na werandę.

Myszy przeskoczyły między prętami furtki i udały się ścieżką usypaną z drobnego, białego żwirku w kierunku domu. Słyszały głosy ludzi dobiegające z tyłu domu, a w powietrzu unosił się zapach grillowanych kiełbasek.

Podeszły do drzwi mieszkania cioci i zapukały. Po chwili drzwi się otworzyły i ukazała im się stara mysz w okularach i z krzywymi, chaotycznie poukładanymi wąsami.

- Oo, dziewczynki! Wy tutaj? A to niespodzianka!

14:40, prej666
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 listopada 2005
"Przygoda!" cz.1

Następnego dnia żar lał się z nieba od samego rana. Oni rozpoczęli dzień od wspólnego śniadania, w którym myszy nie brały udziału. Wstały dopiero obudzone przez listonosza dzwoniącego do drzwi.

- Hej dziewczyny, telegram do was. – powiedział On i położył go na mysiej komodzie.

Myszy z ciekawością zebrały się dookoła telegramu i zaczęły go czytać:

„Dziewczynki przyjeżdżajcie – STOP – Nie wiem gdzie on jest – STOP – Ciocia Gryzelda”

Ciocia Gryzelda była bliską krewną dziewczyn mieszkającą na drugim końcu miasta. Była roztrzepana i zapominalska, lecz myszy uwielbiały ją za jej bajki i pyszny sernik z brzoskwiniami. Nigdy nie była w stanie zapamiętać ich imion (Lukrecję zawsze myliła z Kudłatą, co doprowadzało obie do szewskiej pasji), poza tym często zasypiała podczas wspólnych spotkań.

- Coś się stało. Musimy jechać. – powiedziała Lukrecja.

- Hurrrraaaaa! Przygoda! – krzyknęły chórkiem Lulu i Celina.

- I ciasto! – rozmarzyła się Kudłata.

 Dziewczyny umyły się i zjadły śniadanie. Oni zostawili im naleśniki z konfiturami truskawkowymi, więc myszy były zachwycone.

Spakowały plecaki, ubrały się (Lulu jak zwykle ubrała jedną ze swoich koszulek, tym razem czerwoną z podobizną słynnego mysiego rebelianta, Ernesto „Che” Emmenthalera) i zadzwoniły po taksówkę. Nie była to jednak byle jaka taksówka. Zadzwoniły do korporacji świadczącej usługi dla najmniejszych mieszkańców miasta, do „Gryzoń Taxi”.

Wyjaśniły Im sytuację, i po wysłuchaniu dyrektyw dotyczących powrotu do domu i zastosowania kremu do opalania (z mysim filtrem, opalającego na szaro) wyszły z mieszkania i zbiegły po schodach na parter. Otworzyły drzwi wejściowe i gorące powietrze wtargnęło na chłodną klatkę schodową. Wyszły na schodki przed domem i rozejrzały się. Miasto wyglądało na wymarłe, ludzie chowali się w każdym dostępnym skrawku cienia.

Przed domem, na chodniku, siedział Marley. Wpatrywał się w puszkę po oranżadzie leżącą przed nim i śpiewał: „Więc chodź, pomaluj mój rower na jutro i na kaszankę...”.

Zobaczywszy myszy przemówił do nich głosem pełnym euforii.

- Hej moje kurczaczki ! Podejdźcie tu i poznajcie moją nową przyjaciółkę, Fantę! Fanta, oto biedronki, biedronki, oto Fanta.

- Cześć Fanta! – radośnie krzyknęła Kudłata.

Lukrecja złapała się za głowę.

- Kocimiętka. – szepnęła Klara.

- Chodźmy już, taksówka czeka. – powiedziała Celina.

Dziewczyny ruszyły w kierunku krawężnika, gdzie właśnie zatrzymał się osobliwie wyglądający pojazd. Była to stara wrotka dużego rozmiaru z której zostały wyjęte sznurowadła. W przedniej części jej podeszwy zrobiono otwór w którym siedział stary, kudłaty szczur w hawajskiej koszuli, słomianym kapeluszu i z papierosem w zębach. Był on jednocześnie kierowcą i napędem owej taksówki, jako że jego tylne łapki dotykały ziemi a przednimi trzymał się skórzanego czubka wrotek i sterował nimi przechylając się we właściwą stronę.

- Nooo, jakie urocze klientki! Nazywam się Stefan i jestem dzisiaj kierowcą pięknych dam. – zaskrzeczał szczur. – To gdzie jedziemy, na plażę, na zakupy czy na kawkę?

Myszy spojrzały się na siebie niepewnie i zaczęły się wdrapywać do taksówki. Gdy już zajęły (w miarę) bezpieczne miejsca, Klara podała cel podróży:

- Na ulicę Leśną!

- Się robi, młode damy! – odpowiedział Stefan. Wypluł papierosa, zakasał rękawy i zaczął przebierać tylnymi łapkami. Taksówka powoli ruszyła w kierunku głównej ulicy, podskakując na nierównościach drogi. Jako że była załadowana do granic możliwości, nie była w stanie rozwinąć nadmiernej prędkości, co bardzo cieszyło myszy.

11:34, prej666
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 listopada 2005
"Złe wychowanie i zimny budyń"
Oni byli dziwną parą. Na pierwszy rzut oka nic ich nie łączyło, wręcz można było powiedzieć, że są to dwie skrajnie różniące się od siebie osoby. Jednak zdając sobie sprawę z tych różnic i tak mieszkali ze sobą i wychodziło im to nawet nieźle.

Ich mieszkanie urządzone było w stylu który można było określić jako mieszankę Disneylandu, warsztatu samochodowego i domu publicznego prowadzonego przez Ludwika XIV przeżywającego właśnie fazę pluszowego trash-metalu. Ogólnie rzecz biorąc, jeden pokój nie był pod żadnym względem porównywalny do drugiego (chyba że pod względem prostych kątów), a ubikacja była zwyrodniałym okazem kiczowatej groteski na którą składały się między innymi plakaty gwiazd muzyki pop z lat osiemdziesiątych, różowe WC, lampa w formie tulipana i lustro w skórzanej ramie.

W mieszkaniu zawsze unosił się przyjemny zapach. Pachniało albo dobrym jedzeniem, perfumami albo drzewami rosnącymi tuż przed oknami. Myszy uwielbiały to mieszkanie, było przestronne, jasne i można było się w nim świetnie bawić w chowanego. Poza tym czuły się w nim bezpiecznie, a dla myszy to bardzo ważne kryterium wyboru mieszkania.

Myszy miały swoją komodę w Jej pracowni (była dobrze zapowiadającą się projektantką „mody alternatywnej”, cokolwiek to miało znaczyć), między stertami różnorakich ciuchów, butów i toreb. Wybrały to miejsce ze względu na panujący tam wiecznie chaos i możliwość odkrywania nowych rzeczy, których przybywało prawie codziennie. Każda mysz miała swoją dużą szufladę w której urządziła sobie swoje własne mieszkanie. Oczywiście każde było odzwierciedleniem indywidualnej mysiej natury, tak też mieszkanie Lukrecji było czyste i uporządkowane, Lulu żyła wśród nikomu (nawet jej) niepotrzebnych acz fascynujących (tylko ją) gratów, Kudłata kolekcjonowała pojedyncze klapki i podarte plecaki (wynik bujnego życia towarzyskiego) a pokój Celiny wypełniony był malutkimi poduszkami które robiła z kawałków materiałów i nici podkradanych Jej.

- No, wchodźcie. – powiedział On starając się ukryć swoje rozbawienie za niezadowoloną miną.

Myszy cicho wbiegły do przedpokoju i udały się bezzwłocznie do swoich szuflad.

- Rozpakujcie się i chodźcie do kuchni. Musimy porozmawiać.

Myszy nie lubiły rozmów. Mogły gadać, konwersować, gwarzyć, szwargotać czy też plotkować. Ale nie lubiły rozmów.

Ciężkim krokiem, niczym na skazanie, przeszły do kuchni. Przy stole siedzieli Oni i pili owocową herbatę, której zapach czuło się już w przedpokoju.

Myszy po kolei wskoczyły na stół i z opuszczonymi uszami usiadły naprzeciwko gospodarzy.

- No i co macie nam tym razem do powiedzenia ? – zapytał On.

- Było już późno i bałyśmy się wracać. – odpowiedziała Lukrecja.

- Było ciemno i zimno. – pisnęła Lulu.

- A ja zgubiłam plecak i pobrudziłam sobie czapkę! – zaczęła lamentować Kudłata.

- Trzeba było jechać taksówką. – odparł On.

- Zawsze nam mówicie, że mamy oszczędzać, a jak to robimy to też jest źle. Może się w końcu zdecydujcie. – powiedziała Lulu zirytowana.

- No właśnie! – ocknęła się Celina.

W tym momencie Oni nie mogąc się już powstrzymać parsknęli śmiechem.

- Po prostu się o was martwimy, dziewczyny. Wiecie, że nie wszyscy ludzie są tacy jak my, nie wszystkie koty jak Marley a poza tym po mieście kręci się mnóstwo szczurów. – powiedziała z zatroskanym wyrazem twarzy Ona.

Myszy spojrzały się na siebie i grobowymi głosami powiedziały: „Przepraszamy”.

- Poza tym to już ostygło. – powiedział On i postawił na stole miseczki z wiśniowym budyniem polanym sosem waniliowym.

Myszom aż się zaświeciły oczy i nieśmiałym krokiem podeszły do swojego podwieczorka. Spojrzały się jeszcze raz na swoich opiekunów i zabrały się za jedzenie. Potem jak zwykle trzeba było wykąpać Kudłatą, czym się zajęła Ona. Reszta myszy poszła do swoich pokoi i położyła się spać.

Wieczorem wszyscy zebrali się w salonie. Ona czytała z Celiną książkę, w tym czasie Klara siedziała za nią na oparciu fotela i splatała jej małe warkoczyki. On leżał na kanapie i razem z Lukrecją przeglądał gazetę naukowo-przyrodniczą. Lulu siedziała na stole i układała puzzle, a Kudłata spała na parapecie.

Później zjedli kolację i obejrzeli w telewizji kryminał Agathy Christie. Kiedy wszystkie myszy już spały, Oni zanieśli je do ich szuflad i przykryli je wełnianymi kocykami.

Myszom znowu się udało.

17:34, prej666
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2